piątek, 10 lipca 2015

Dlaczego projektant okładek powinien czytać książki?

A przynajmniej ich streszczenia.

 

Okładka książki, wbrew temu, co sądzą niektórzy – w tym wydawcy – stanowi ważny element publikacji. Jasnym jest nawet dla laika, że ilustracja powinna nawiązywać do treści, a przynajmniej nie powinna stać w sprzeczności z nią. W swoim życiu napatrzyłam się na wiele projektów okładek, które nie dość, że ni jak nie oddawały klimatu książki, to jeszcze nie raczyły nawet być wskazówką, czego dotyczy fabuła. Jeśli do tego dochodził brak opisu – co w latach 90. XX wieku i na początku XXI wieku wciąż nie należało do rzadkości – czytelnik miał dwa wyjścia: 1. Rozpoznać pozycję po tytule i/lub autorze 2. Ryzykować i kupić w ciemno. Do teraz mam jeszcze na półce pierwsze książki ZYSK I S-KA z serii Kameleon, które z zadziwiającą dla mnie bezpośredniością informowały czytelnika, że projektant albo nie miał pojęcia o czym jest książka albo nie znał się na projektowaniu.



 

Człowiek żyje sobie przekonany, że tamte czasy dawno minęły. Że jeśli współczesne projekty okładek nie są dobre, to przynajmniej poprawne – wykorzystują zdjęcia z filmowych adaptacji albo powtarzają schemat. Oczywiście piszę to w odniesieniu do dużych i średnich wydawnictw oraz znanych tytułów. Nie ręczę za to, czy w jakimś supermarkecie bądź księgarni, nie pojawi się jakieś kieszonkowe wydanie, drukowane na tanim, kiepskiej jakości papierze z adekwatną do tego okładką. I na takie rzeczy jest miejsce. Ja sama nie chciałabym pakować do ciasnej torby podróżnej, eleganckiego wydania ulubionej książki. W takim wypadku świetnie sprawdza się robiona po kosztach wersja za kilka złotych lub e-book.
 
Ale wracając do okładek. Myślę sobie, że nic mnie już nie zaskoczy. A tu zaskoczenie! Jednak jest coś w tym powiedzeniu, że: Czas uczy pokory. Po dziesięciu latach od ostatniego wydania w naszym kraju sztandarowych tytułów Thomasa Harrisa – trudno dostępnych na dodatek – o Hannibalu Lecterze, na fali popularności serialu Hannibal, wydawnictwo Albatros porwało się na wznowienia. (Co samo w sobie było fantastyczną informacją). I tak, firma z dwudziestoletnim doświadczeniem, dopuściła – się sama bądź pozwoliła na to grafikowi – by okładki książek zhańbiły sceny z serialu. I nie byłoby w tym nic złego – żartuję, to zawsze jest zły pomysł, tym bardziej, że serial stanowi odrębne od książek dzieło, a nie adaptację – gdyby nie fakt, że wprowadzają potencjalnego czytelnika w ewidentny błąd. Kłamią jak z nut. Na okładce Hannibal. Początek (znanej także jako Hannibal ­– Po drugiej stronie maski*) pojawia się serialowa postać Hannibala oraz Willa Grahama. Tymczasem książka opisuje historię młodego Hannibala, żyjącego w powojennym Paryżu. Kolejna pozycja Hannibal, również prezentuje postać dobrze znanego detektywa. Znów błędnie. Dla niebędących w temacie, wyjaśnię: Willa Graham jako bohater, pojawił się wyłącznie w książce pt. Czerwony Smok.

 

Kto czyta, nie błądzi.


* Pierwotnie książka Hannibal. Rising. (pol. Hannibal. Początek.), miała ukazać się pod tytułem Hannibal. Besing the mask. (Hannibal – Po drugiej stronie maski). Jednakże w ostatniej chwili, amerykański wydawca zmienił tytuł na Hannibal. Rising. Ponieważ polski wydawca wykupił już prawa do posługiwania się wcześniejszym tytułem, a wydanie polskie miało zbiec się w czasie z amerykańskim, w Polsce książka została wydana jako Hannibal ­­– Po drugiej stronie maski.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

TOP