piątek, 8 maja 2015

Offline - Grafik na przymusowym urlopie


Przychodzi taki dzień w życiu grafika-wolnego strzelca, gdy zostaje wysłany na przymusowy urlop, bynajmniej nie z własnej woli. Dla mnie zaczął się on w chwili, gdy komputer odmówił posłuszeństwa, a informatyk oświadczył: Musimy zatrzymać go na noc. Tylko, że ta „noc”, trwała prawie pięć dni.
Koszmar człowieka pracującego na własny rachunek głównie przy pomocy komputera, to właśnie środek zlecenia i niebieski ekran z napisem ERROR. Od razu poczułam skurcze żołądka, bo zaledwie kilka tygodni wcześniej, sprzęt był w czyszczeniu. Ale klamka zapadła i komputer został oddelegowany do naprawy. Czym to skutkowało? Wolnymi godzinami. Czy byłam z tego powodu szczęśliwa? No niekoniecznie.

Nieprzewidziany urlop w środku tygodnia sprawił, że nie mogłam znaleźć sobie miejsca. I nie chodziło tylko o to, że zjadały mnie nerwy: „co powie klient”, bo ten okazał się bardzo wyrozumiały. Ja po prostu jestem uzależniona od pracy i jeśli czas wolny nie jest dokładnie zaplanowany, nie umiem z niego efektywnie korzystać.

A zawsze byłam pewna, że uzależnienie od elektronicznych zabawek, to nie moja bajka.


Krzątam się po domu, trochę sprzątam, co jakiś czas sięgam po książkę, posłucham audycji w radiu, biorę się za segregację dokumentów, które od dawna się o to prosiły… W końcu zapada zmierzch, mija czas kolacji, a w pokoju bałagan taki sam jak rano, papiery leżą w kącie, stosik książek piętrzy się na biurku. Nie zrobiłam nic konkretnego, ale też nie odpoczęłam. Jestem zmęczona, zgnębiona wyrzutami sumienia i nudzę się jak mops - bezproduktywnie żałosna. A zawsze byłam pewna, że uzależnienie od elektronicznych zabawek, to nie moja bajka. Nie oglądam telewizji, mój telefon prędzej umrze, niż połączy się z Internetem, ale za to bateria trzyma dwa tygodnie. Regularnie wyjeżdżam na różne spotkania branżowe i imprezy, spotykam się z ludźmi, mam hobby, które trzyma mnie w świecie realnym, a nie wirtualnym i…
...hobby. No właśnie. Kiedy ostatni raz trzymałam pędzel w ręce? Ale farby zostały w klubie plastyka. Wiatrówka kurzy się w szafie od poprzedniego lata, a ja ciągle nie zamortyzowałam ściany w piwnicy, do której strzelam. Ograniczyłam też ćwiczenia fizyczne do kilku minut po przebudzeniu, bo wiosną zamknęli lodowisko i nie wynalazłam dla siebie jeszcze alternatywy. O której rzeczy bym nie pomyślałam, zawsze pojawiało się jakieś „ale”. Wymówki mnożyły się niezależnie od tego co wymyśliłam. W taki oto sposób o godzinie 21:00 poszłam spać. W czwartek rano obudziło mnie słońce odbijające się w oknach sąsiadów. Wykonałam wszystkie poranne rytuały i jak na szpilkach czekałam do 10:00, na otwarcie serwisu komputerowego. Gdy pięć minut po wybiciu godziny 0. dzwonek telefonu nadal milczał, sama pobiegłam do siedziby firmy.

Otworzyłam drzwi i od progu zapytałam: Jak tam moje maleństwo?
Informatyk uraczył mnie niepewną miną: Kolega wyjaśni sprawę.
Kolega widząc mnie, wykrzywił usta: Obawiam się, że to początek końca. Cały dzień nad nim siedziałem i nie doszedłem, co mu jest. Musimy go przetrzymać jeszcze dzisiaj. Będzie na jutro.
A ja, starając się zachować spokój: Na jutro to on mnie nie jest potrzebny, bo wyjeżdżam.
Chłopak: Więc będzie na poniedziałek.

Wyszłam ze sklepu. Zadzwoniłam do partnera z informacją, że prawdopodobnie czeka nas nowy spory wydatek, pobiadoliłam na swój ciężki los wolnego dnia i jakoś dowlokłam się do domu. Tam czekały na mnie kolejne godziny do zmarnowania. Mogłam co prawda skorzystać z innego komputera, ale to nie był mój komputer. I podobnie jak wszystko, szybko mnie znudziło. Na skraju załamania spowodowanego bezproduktywnością, chwyciłam płaszcz i wybiegłam z domu. Bez torebki, dokumentów, pieniędzy i telefonu. Kieszenie miałam zupełnie puste. Stałam się offline i było mi z tym zaskakująco dobrze. 

Stałam się offline i było mi z tym zaskakująco dobrze.


Może nie od razu. Spróbujcie w środku tygodnia, w środku dnia, przerwać pracę, nie brać ze sobą niczego i wyjść. Ale nie w jakimś konkretnym celu, typu: To mój czas na bieganie/ drugie śniadanie/kawę/papierosa... W czwartek o godzinie 12:00 w południe, powinnam normalnie pracować. Jeśli mam zaplanowane co innego to i tak jestem pod telefonem. Ba, byłam nawet w święta. A tu nagle czuję się jak przed dziesięciu laty, tylko trochę dziwniej, bo już dawno zapomniałam, jak to jest być całkowicie odseparowanym od sieci. Później, gdy opowiadałam o tym znajomemu, ten stwierdził że sami nakładamy na siebie niewidzialne kajdany. Wmawiamy sobie, że świat nie poradzi sobie i się rozsypie, gdy przez jakiś czas nie będzie miał do nas dostępu.

Spacerując tak bez celu, niespiesznie, ciesząc się słońcem i podziwiając dopiero co rozkwitające na zielono drzewa, wreszcie poczułam się spokojna. I przestałam martwić o nie wykonaną pracą.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

TOP