niedziela, 15 marca 2015

Ułatw życie swojemu grafikowi - część 1

... i sobie.

W czasie moich praktyk w agencji poligraficzno-reklamowej, zdecydowana większość klientów nie znała podstawowych czynności, które decydowały o jakości przygotowywanego dla nich projektu. Teraz, gdy pracuję na własny rachunek, zdarza się to zdecydowanie rzadziej. Mam to szczęście, że moi klienci z reguły mieli już do czynienia z grafikami. Niektórzy jednak, mimo wszystko, nadal się gubią lub po prostu nie mają zielonego pojęcia, czego mi trzeba do pracy. Nie ma w tym nic złego. Jak już pisałam wielokrotnie, klient nie musi znać się na mojej pracy.

Aby pamiętać, że nie dla wszystkich czynności wykonywane przez drugą osobę musza być oczywistością, wyobrażam sobie, jak kompletnie zielona przychodzę do księgowego. Taka zamiana roli działa bardzo otrzeźwiająco. Przydaje się również, gdy mi samej, umyśli się pouczać najmowanego specjalistę.
Zawsze chętnie się uczę, ale od ludzi którzy faktycznie dzielą się ze mną swoją wiedzą i doświadczeniem z zakresu mojej dziedziny. Nic tak jednak nie irytuje jak laik, który po obejrzeniu serialu w telewizji, staje się „ekspertem”, ale wszystkim co robi udowadnia, że jest jednak inaczej.

Poniżej chciałabym Wam, Drodzy Czytelnicy, przedstawić kilka punktów, o których powinniście pamiętać, gdyby w przyszłości przyszło Wam współpracować z grafikiem. Większość z nich przewija się przez Internet, nie jest to przysłowiowe „odkrycie Ameryki”,
Ale być może, ta wiedza ułatwi Wam kontakt i pozwoli uniknąć nieporozumień.


1. Internet to nie skarbnica darmowych materiałów – owszem, dostępne są w nich rzeczy do użytku komercyjnego, ale muszą być w taki sposób oznaczone. Fonty, czy obrazy, z reguły należy kupić w bankach i stosować się do obejmujących je licencji. Sankcje za kradzież produktów intelektualnych są dosyć wysokie, choć rzeczywiście wykrywalność nie jest duża. W umowach pilnuję, aby zaznaczać, że za materiały dostarczone przez klienta, prawnie odpowiada klient. Za materiały, z których sama korzystam, odpowiadam ja. Oczywiście, jeśli po mojej stronie leży znalezienie takich rzeczy i są one płatne, do ceny usługi doliczam cenę zakupu konkretnego produktu.

2. Jakość nie jest bez znaczenia – materiały drukowane, aby były w dobrej jakości (chodzi tu o elementy graficzne), muszą być w wysokich rozdzielczościach i odpowiednim trybie kolorystycznym.
    1. Standardowe tryby kolorystyczne to RGB (dla materiałów cyfrowych) oraz CMYK (dla materiałów drukowanych). CMYK ma węższą paletę kolorystyczną. Oznacza to, że barwy, które wyświetla ekran komputera, zwłaszcza jaskrawe zielenie, żółcie, czerwienie itd. druk nie jest w stanie osiągnąć*.
    2. Ważne jest także odpowiednie ustawienie tzw. DPI, czyli liczby plamek na cal. Każdy obraz składa się z małych kwadracików, których im więcej, tym wyższa rozdzielczość. Standardowa rozdzielczość dla urządzeń to 72 DPI, małe urządzenia mobilne do 100 DPI. Druk wymaga aż 300 DPI**.
    3. Wielkość obrazu. Chodzi tu zazwyczaj o rozmiar w pikselach, ale też centymetrach/milimetrach/metrach. Mały rozmiar obrazu w pikselach np. 200x200px to zaledwie kilku centymetrowy obrazek. 1500pix to już około kilkunastocentymetrowy obraz. Szykując ilustrację dla klienta, pracuję zazwyczaj w 3000px i w górę. 200px można oczywiście powiększyć do 1500px ale wówczas będzie on, mówiąc potoczne „rozpikselizowany”, czyli bardzo słabej jakości.

* W przypadku jaskrawych kolorów można zlecić użycie tzw. farb Pantone, jednak wymaga to porozumienia z drukarnią i jest zasadniczo droższe.
** W przypadku druków wielkoformatowych zazwyczaj zmniejsza się DPI. Wymaga to porozumienia z drukarnią. Np. kilkumetrowe billboardy drukuje się w rozdzielczościach 100 lub 72 DPI, ponieważ ogląda się je z daleka.



3. Materiały tekstowe także muszą być odpowiednio przygotowane – chodzi o to, że skład np. książki, nie odbywa się na surowym tekście z błędami. Pliki tekstowe przed oddaniem do DTP-owca, powinny być już po korekcie oraz prawidłowo przepisane. Jest to bardziej moje pobożne życzenie, ponieważ w wielu przypadkach otrzymywałam materiał przed główną korektą z rażącymi błędami z zakresu maszynopisarstwa. Materiał po składzie oczywiście poddawany jest kolejnej korekcie, ale zdarzało się, że zmianom ulegały całe rozdziały, a pliki zawierały wielokrotne spacje zamiast tabulatora, sztucznie dodane przypisy, próby dzielenia wyrazów na własną rękę, czy usuwania wiszących spójników… i wiele innych. Bardzo utrudnia to pracę i może skutkować podwyższeniem ceny.

4. Czy umiesz zapisywać? – Nagminnie zdarza się, że otrzymuję materiały, zwłaszcza tekstowe, zapisane w najwyższych wersjach programów, wskutek czego, często mam problem z otwarciem pliku. Trzeba pamiętać, że nie wszyscy dysponują najnowszym oprogramowaniem. Zawsze bezpiecznie jest, jeśli nie ma to jakiegoś negatywnego wpływu na materiał, zapisywać jednak w niższych wersjach. Ja dla swoich klientów, chyba że mają inne życzenie, zapisuję pliki w najwyższej i najniższej wersji.

5. Morze maili – mój znajomy ze studiów, który już wtedy od kilku lat prowadził własną działalność, w umowach zawieranych z klientami, zaznaczał ograniczoną liczbę korekt. Klient miał prawo do trzech tur korekt, a każda tura mogła zawierać nieograniczoną ilość poprawek. Chodzi o to, aby uniknąć sytuacji, w której klient już w pięć minut po otrzymaniu pierwszego materiału, zalewa nas dwudziestoma mailami z sugerowanymi korektami. Zazwyczaj jedna wykluczała drugą. Skrzynka szybko się zapycha, a grafik gubi się co było gdzie i nie może przystąpić do pracy, bo nie wie czy za chwilę nie dostanie kolejnej wiadomości z informacją „jednak nie różowy, a czerwony, jak pisałem/łam cztery maile temu”. Odkąd usłyszałam tę radę, próbuję wprowadzić ją w życie, ale trudno mi na razie zachować konsekwencję. Nie można odmówić jej słuszności. Po obejrzeniu pierwszego podglądu, bez zastanowienia chciałoby się sprawdzić milion możliwości, a na końcu i tak się okazuje, że docieramy do pierwotnego stanu rzeczy. Generuje to niepotrzebną ilość pracy. Zastanów się dobrze, prześpij z decyzją o zmianie koloru, czy układu. Będziesz wtedy wiedział czego naprawdę chcesz i według słów mojego kolegi, całą sprawę zamyka jedna tura poprawek w jednym mailu. Czysto, sprawnie, bez marnowania czasu i energii.
Sytuację tę można przenieść na inny poziom, by lepiej ją zrozumieć.
Jesteśmy kelnerem w restauracji, odebraliśmy zamówienie na pieczeń, ale po 5 min klient woła nas, by zmienić je na zupę. Wydajemy więc nowe wytyczne kucharzowi. Jednak po kolejnych 5 min ten sam klient, znów zmienia zamówienie i tak jeszcze kilkakrotnie. A kucharz za każdym razem rozpoczyna nowe danie. Nie dostalibyście szału?


C.D.N

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

TOP