niedziela, 22 lutego 2015

Język, design i wolny strzelec

...o czystości języka w świecie grafika.



Udzielając się przed kilkoma miesiącami na pewnym blogu, zwróciłam uwagę właścicielowi, że mógłby nieco ograniczyć używanie angielskich słów w swoich tekstach. W słowniku języka polskiego jest wiele ładnie brzmiących i zrozumiałych odpowiedników, dlatego warto po nie sięgać, a nie posiłkować się makaronizmami. Jednak otrzymałam uprzejmą odpowiedzieć, że używane przez autora słownictwo jest językiem branżowym. Dlatego zamiast pisać „Wrocławski Tydzień Mody”, używa zwrotu „Fashion Week Wrocław”, zamiast „projektanci” – „designerzy” i tym podobne. Muszę przyznać, że nieco mnie to – jako patriotkę – zbulwersowało. Artykułów na podobny temat powstało już sporo, ale ponieważ w sobotę mieliśmy Światowy Dzień Języka Ojczystego – o czym dowiedziałam się słuchając nocnej audycji radiowej  – nie mogłam oprzeć się pokusie, by również o tym napisać.

W czasie studiów, wielu moich wykładowców ubolewało nad powszechnością obcego słownictwa w naszej branży. W czasie konsultacji opracowywanego projektu, zdarzało im się przerywać rozmowę, by spytać: Dlaczego layout, a nie szablon? Co złego jest w polskim szablonie? Spodobało mi się takie podejście do sprawy, bo nawet ja dałam się wciągnąć w ten trend.

Nowinki techniczne docierały do Polski stosunkowo późno i w ograniczonych ilościach, dlatego krajowe odpowiedniki nie powstawały lub były w takiej sytuacji bezużyteczne.


Ale skąd się w ogóle wziął?
Mniemam, że zaczęło się od grafików i informatyków, którzy nowych technologii uczyli się z zagranicznych źródeł. Nowinki techniczne docierały do Polski stosunkowo późno i w ograniczonych ilościach, dlatego krajowe odpowiedniki nie powstawały lub były w takiej sytuacji bezużyteczne. Nie jest także tajemnicą, że angielski to nieoficjalny język międzynarodowy. Nie musimy pamiętać, że coś w Polsce nazywa się „A”, w Niemczech jego odpowiednik to „B”, a w Anglii „C”. Po jednej nazwie, korzystając z Internetu, odszukamy wszystkie dostępne informacje na interesujący nas temat. Najpewniej z tego powodu, od jakiegoś czasu, nowe pojęcia w ogóle przestano tłumaczyć, a nawet jeśli pojawiają się coraz rzadsze, nieśmiałe próby, pomysły z reguły się nie przyjmują.

Zrozumiałe jest modyfikowanie nazwy firmy, czy produktów, by łatwiej z nimi zdobywać klientów zagranicznych. Jednak kompletną zagadką jest dla mnie brak tłumaczeń nazw produktów przeznaczonych na polski rynek, tytułów programów, gier, a nawet całych zwrotów. Czy naprawdę jest sens nazywać Taniec z Gwiazdami – Dancing with the stars? albo nowy rodzaj herbaty owocowej sweet and fruits? Nie jest to nazwa własna.
Moda na angielskie odpowiedniki, co gorsza, objęła nawet mocno zagruntowane w polskim języku słowa.
To nie „wzornictwo” to „design”.
To nie „spotkanie”, tylko „meeting”.
Nie jestem „projektantem” czy „dyrektorem kreatywnym”, lecz „designerem” i „art direktorem”.
„Szkoleniowiec” to „coach”, media społecznościowe brzmią lepiej jako „social media”, a „lokowanie produktu” nazywa się fachowo „product placement”.

Oczywiście nie wszystko da się zgrabnie zamienić. Nie ma sensu nazywać „DTP-owca” „projektującym zza biurka”, choć wielu klientów mówi do mnie „pani-składacz”. „Font” to nie „czcionka”, lecz przez ignorancję tłumacza, nazywamy w Polsce „fonty” – „czcionkami”, co jest błędem.

„Font” to nie „czcionka”, lecz przez ignorancję tłumacza, nazywamy w Polsce „fonty” – „czcionkami”, co jest błędem.


Wplatanie obcych słów, często dzieje się automatycznie. Sama posługuję się angielskimi odpowiednikami, gdy wpadam w słowotok lub chcę szybko coś przekazać. Bo jeśli powiem: Znajomy jest designerem. Odbiorca od razu założy, że chodzi mi o osobę zaangażowaną w nowoczesne projektowanie. Gdybym natomiast stwierdziła: Znajomy zajmuje się nowoczesnym wzornictwem. Wiele osób domagałoby się uszczegółowienia wypowiedzi.
Jednak coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że podobne tłumaczenia, są w większości przypadków, tak naprawdę zwykłymi wymówkami, a nie rzeczywistym problem nieadekwatności języka polskiego do zmieniającego się świata. Czyżbyśmy się go wstydzili, dlatego umniejszamy jego wartość? Może jest zbyt mało cool?

W czasie wizyty w Niemczech, mój brat wybrał się na targi kulturowe. Ku jego zdziwieniu i konsternacji, wszystkie biorące udział w imprezie kraje, swoje stoiska opisały wyłącznie po niemiecku. Podobna rzecz miała się w przypadku filmów, gier i innych produktów. Rzadko kiedy używano obcojęzycznych odpowiedników. Tytuły tłumaczono na niemiecki, a dialogi w filmach przeważnie dubbingowano.
Co ciekawe, wielu zapomina, że choć angielski jest bardzo rozpowszechniony, to oryginalnymi językami trafiających na nasz rynek produktów, mogą być zupełnie inne, mniej popularne. Dlatego nigdy nie przemawiał do mnie argument: Chcę to mieć po angielsku, bo wolę czytać/oglądać/słuchać w oryginale, gdy tymczasem oryginalnym językiem jest na przykład hiszpański.

Przez długi okres czasu określałam siebie jako digital-painter, aż pewnego razu, przyjaciółka spytała, dlaczego nie nazwę się „malarzem cyfrowym”, co brzmi dużo poważniej i bardziej profesjonalnie? Przyznałam jej rację. Myśląc o tym później, uznałam także, że o wiele bardziej od „nowoczesnego designu” podoba mi się „nowoczesne wzornictwo” lub „nowoczesna sztuka projektowania”, a „dizajnerskie produkty”, wolę nazywać „projektowymi perełkami”.

Dzięki Bogu – jaki by nie był – moda na angielski, nie obejmuje jeszcze książek. Po całkowitej samowoli tłumaczeniowej, która miała miejsce w Polsce w II połowie XX wieku, gdzie Dirty Dancing przetłumaczono jako Wirujący Seks, a w powieściach, w zależności od tłumacza, główny bohater równie dobrze mógł być blondynem, jak i brunetem, wpadliśmy w drugą skrajność, w mojej opinii, ze szkodą dla nas samych.

A wracając do historyjki z blogerem posługującym się językiem „branżowym”.
Język branżowy w moim przypadku, brzmi na przykład tak:

Książkę przeważnie zaczyna czwórka wydawnicza. Całe dzieło zawiera także wakaty i tekst umieszczony w łamie leżącym na kolumnie.
Na stronach verso i recto mamy paginacje.
Możliwe jest również umieszczanie żywych pagin.
Tekst po składzie powinien pobawiony być wiszących spójników, wdów i bękartów.

Widzicie tutaj jakieś angielskie słowa? Dobrze, dosyć już na dzisiaj tego pouczania. Wiem, że jestem staromodna.


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

TOP