wtorek, 5 sierpnia 2014

Subiektywnym okiem grafika – podejście 1

Co mnie wkurza w niektórych wydaniach książek

Idę niespiesznie pomiędzy półkami w księgarni, w całkiem przygodowym nastroju, kiedy mój wzrok natrafia na główną ekspozycję sklepu: rząd gorących jeszcze egzemplarzy najnowszego światowego bestsellera – kolejnego w tym miesiącu – równiutko ułożonego na stoliku.
Nim jeszcze wezmę książkę do ręki, już z daleka dostrzegam hasło, które upewnia mnie w przekonaniu, że jednak mam do czynienia z bestsellerem:
„Bestseller Timesa”,
„Bestseller New Yorkera”,
„Bestseller każdej innej mniej lub bardziej renomowanej gazety”.
Następnie, nim zdołam ocenić starania projektanta okładki, mój wzrok napotyka na opinie ludzi, którzy z takich czy innych powodów powinni być wyznacznikami literackiego autorytetu:
Najlepsza komedia roku,
Najostrzejsza książka ostatniej dekady,
Najśmieszniejsza pozycja lata.
W zależności od wydawcy, można wychwycić także zabawną lub tajemniczą sentencję, opisującą w kilku słowach zawartość trzymanej pozycji: Tak martwa, że trzeba ją ogrzać.
A jeśli książka doczekała się filmowej adaptacji, z pewnością zostaniemy o tym poinformowani.
O ile nie zwróciliśmy jeszcze uwagi na zdjęcie aktorów, funkcjonujące jako główna ilustracja.

Spoglądam na tylną okładkę, chcąc przeczytać opis, niestety został on zastąpiony przez  kolejne hasła reklamowe. I gdyby przypadkiem tył, w jakiś sposób łączył się graficznie z przodem, nie mam okazji się o tym przekonać. Długa lista, zbyt dużych logo wszystkich sponsorów i patronów medialnych skutecznie mi to uniemożliwia, tak jakby informacja o nich była ważniejsza od samej treści.


Dzięki Bogu wynaleziono obwoluty z zakładkami, bo właśnie tam udaje mi się znaleźć kilka informacji o fabule i o autorze.

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

TOP